ANIMACJA POLSKA - Aktualności

Strona główna » Aktualności

O sztuce. Mariusz „Wilk” Wilczyński

2009-12-18

Rozmowa z twórcą filmów animowanych po majowej retrospektywnej prezentacji w Museum of Modern Art w Nowym Jorku (2007).



ROZUMIENIE SZTUKI 
 
 
Mariusz Kirchof: Jak Pan widzi istnienie artysty? Po co jest sztuka? Czy artysta ma świadomość tworzenia? Bo może taki zwykły konsument Pana sztuki w głębi duszy chciałby zostać artystą, widzi artystę poprzez jego dzieło, ale chce być pewien i chce się dowiedzieć bardziej dosłownie jak artysta odczuwa świat? 
 
 
Mariusz Wilczyński: Powinienem zacząć od banalnych odpowiedzi, np. że tym się różnimy od innych mieszkańców naszej planety, że wykonujemy często czynności nie pragmatyczne i niepraktyczne. Takie, którą służą bardziej duchowi, a niekoniecznie ciału. 
 
W moim rozumieniu sztuka jest ukazywaniem przeświadczenia, swego rodzaju wiary w to, że rzeczywistość, w której żyjemy jest o wiele bardziej złożoną, niż ją postrzegamy na pierwszy rzut oka w życiu codziennym. 
 
Pracując przy swojej sztuce mam nadzieję, że jest to też swego rodzaju ekwiwalent rozmowy z Bogiem, ale rozumiem tutaj pojęcie Bóg jako absolut. 
 
Dla mnie – podkreślam dla mnie – jest to szukanie świata poza wymiarem dostrzegalnym na co dzień gołym okiem. I chciałbym przyjąć założenie, że jeżeli są gdzieś twórcy, którzy potrafią zrobić filmy, czy w ogóle sztukę, taką, która gdzieś rozwarstwia czas i która nas trochę wciąga tak, że zaczynamy być poza czasem, poza przestrzenią, to jest dla mnie nadzieja, że ten wymiar, w którym teraz jesteśmy jest to jeden z wymiarów i że to jest... 
 
 
MK: Sacrum, sztuka to jest sacrum, tak? 
 
 
MW: Tak, ale wie Pan, ja boję się takich słów kluczy. Zaczynam teraz film, który będzie adaptacją Mistrza i Małgorzaty – będzie to adaptacja, bo inaczej ten film musiałby mieć 10 godzin. Ale dla mnie w tym filmie osią dramatu będzie historia bezdomnego poety (Iwan Bezdomny jest jednym z bohaterów) i jego droga do szaleństwa, albo do satori czyli do sacrum, albo jak kto uważa. Będę się tam starał przeanalizować Jego drogę. 
 
Myślę, że w ogóle sztuka jest dla mnie bytem specjalnym, wykraczającym znacznie poza tradycyjnie pojmowane funkcje estetyczne. Ja nie traktuję sztuki w kategoriach wyłącznie estetyzujących rzeczywistość – to znaczy, są takie rodzaje sztuki i nie mam nic przeciwko nim, które upiększają, które umilają czas odbiorcy, ale myślę, że jest tak dużo tego rodzaju tworów, produktów, że ja nie chcę powielać tego schematu i traktować sztuki jako mile spędzanego czasu po godzinach pracy... 
 
 
MK: Czyli ozdoba do obiadu pt. kwiaty przy nożu i widelcu, tak? 
 
 
MW: No właśnie, nie jako ozdobę do obiadu. Nie jako uprzyjemniacz - czyli przyszedłem przykładowo z pracy zmęczony, teraz niech mnie ktoś podrapie po plecach za pomocą swojej sztuki.  
 
Właśnie dzisiaj to sobie uświadomiłem, gdy Grażyna Torbicka, do której festiwalu się szykuję, zadała mi pytanie „Jak Ty sobie dasz radę, jesteś artystą offowym, a tymczasem poprzez te wszystkie rzeczy jakie Cię spotkały przez ostatni miesiąc, bardzo dobre recenzje w New York Timesie itd. – to jak Ty dalej będziesz offowy?” Piszą o mnie od miesięcznika „Wprost”, poprzez miesięcznik „Pani”. 
 
Myślę, że „offowość” zależy od tego jaki cel sobie stawia artysta. Ja sobie stawiam cel mówienia do małej ilości osób, mam tego świadomość. Do takich ludzi, którzy nie oczekują tylko rozrywki, ale którzy też chcą intelektualnie w to wejść, wejść w taki mądry dialog. I mam świadomość konieczności przebycia jeszcze długiej drogi, aby wejść na tę najwyższą półkę – jeszcze nie umiem – ale jest półka na którą wszedł Miles Davis. Tworzył z jednej strony dla najbardziej wybrednych i wymagających fachowców, a z drugiej, jego muzyka ma wiele płaszczyzn otwierających sztukę dla prostych odbiorców. 
 
Grał np. kawałki Michaela Jacksona, z tym, że on to tak transformował, że fanom Jacksona się to podobało, a jednocześnie były to wyrafinowane improwizacje na trąbkę. Ale Miles Davis był jeden, drugim może był Federico Fellini. To była najwyższa półka. Dlatego chcę być artystą offowym, chcę poruszać poważne sprawy, które naprawdę mnie nurtują. 
 
Nie chcę mówić, tak jak się mówi do dzieci zdrobnieniami, w sposób ułatwiony. Wie Pan, dzisiaj jest duży problem, bo pieniądze pochodzą od masy ludzkiej. Kiedyś pieniądze dawały dwory, albo kościoły, dlatego sztuka mogła być poniekąd elitarna. 
 
 
MK: Choć czasem i sam mecenat był związany konwencją, zwyczajem estetycznym, schematem symbolicznym, czy jak to tam będziemy nazywać. Ksiądz przychodził ocenić dzieło, a jeśli obraz, np. Ducha Świętego, czyli rysunek gołębicy z rozszerzonymi skrzydłami, nie był taki jak w kanonie, to ksiądz nie płacił za ten obraz.  
 
 
MW: Ale z drugiej strony, ksiądz był osobą wykształconą w stosunku do normalnego odbiorcy. Nawet dwór, to były elity. A dzisiaj elity niewiele mają do powiedzenia, bo proszę zauważyć, że poprzez rozwój nowych środków łączności, Internet etc., które są fantastyczne oczywiście, łatwiej zebrać od miliona osób po dolarze i wtedy się robi milion dolarów, który zaczyna rządzić. I co się wtedy dzieje - otóż mamy sukces bohaterów na miarę Big Brothera. To mnie nie interesuje. 
 
 
MK: Na potwierdzenie zacytujemy inżyniera Mamonia z Rejsu: „Ja lubię takie melodie, które już kiedyś słyszałem”... 
 
 
MW: Dokładnie tak. 
 
 
MK: Rynek czasami jest okrutny. No dobrze, próbowaliśmy wyjaśnić jak się Pan chce w tej sztuce sytuować. Natomiast jakie wartości ma wnosić sztuka? 
 
 
MW: A jakie wartości ma Pan na myśli? 
 
 
MK: Rozumiem, że stara się Pan być artystą offowym. Trudność polega na tym, że rzeczywiście, jeśli ktoś się stanie sławny i już zostanie okrzyknięty guru w jakiejś dziedzinie sztuki, a wydaje mi się, że ma Pan już blisko do tego miana, no to w pewnym momencie następuje jakaś presja rynku, kajdany rynku, kajdany popularności, kajdany apanaży. Dlatego pytam o wartości jakie chciałby Pan zachować mimo wszystko... 
 
 
MW: Mówiłem o byciu artystą offowym, ale może lepsze słowo to – straszne co teraz mówię i może pachnieć trochę bufonadą, ale to co powiem, to naprawdę nie jest w tej chwili jakaś manifestacja bufonady – ale chciałbym być artystą elitarnym. Rozumiem przez to, że chciałbym być artystą mądrym, artystą, który mówi rzeczy złożone i tylko to co jego umysł jednoznacznie zaakceptuje. 
 
Wydaje mi się, że artysta nie musi się mizdrzyć do ludzi, może być poważnym facetem, tak jak naukowcy się nie mizdrzą do ludzi. Moimi idolami byli kiedyś – Miles Davis, który grał tyłem do publiczności, a z drugiej strony Frank Zappa. Pamiętam, jak Zappa pojechał do Berlina, wyszedł na scenę i powiedział po angielsku Hi, na co publiczność nie wiem czy dla żartu (no to był też inny Berlin niż teraz) powiedziała Heil, na co Zappa znowu Hi, publiczność Heil, po czym Frank powiedział „Dla faszystów nie gram” i zszedł ze sceny. Myślę, że dzisiaj byłoby to niemożliwe. Niech Pan zwróci uwagę na największych artystów popowych, oni są więźniami swoich wizerunków.  
 
Madonna, która raz jest piosenkarką, raz jest pisarką, raz stylistką mody, raz aktorką i Bóg wie czym jeszcze. I tak to się właśnie kręci. Oni muszą wchodzić na bardzo wysokie obroty i to dla nich jest dramat. Ja nic nie muszę. Na moje pokazy - wprawdzie w małych kinach - przychodzi pełno ludzi i mam potem z nimi satysfakcję rozmawiać.  
 
Powiem Panu szczerze, że nie chcę żeby po tych moich sukcesach, po MoMA i po tym, że mój film będzie miał na Berlinale najprawdopodobniej premierę europejską, coś się zmieniło. A mam nadzieję, że ten rozgłos malutki, który zapanował wokół mojej osoby, pomoże mi realizować to, co zawsze robiłem - moje filmy. Z tym, że nie za psie pieniądze, bo ja je naprawdę często za darmo rysowałem z imperatywu działania. 
 
Mam nadzieję, że w Polsce – bo wszystko na to wskazuje, rozmowa w Instytucie Filmowym i rozmowa w Telewizji Polskiej – dostanę pieniądze na film i pierwszy raz w życiu nie będę się musiał czuć jak złodziej, który idzie tam i się na niego patrzą „Co on tam chce? Chce jakieś pieniądze? Na co? Na takie coś?”. Teraz w pismach branżowych i w New York Times i Washington Post były notki i dodatki, recenzje i było napisane „Mariusz Wilczyński Poland”. To się bardzo fajnie czyta i w pewien sposób propaguje dobre imię Polski w miejscach elitarnych. 
 
 
MK: Tak, to jest miłe, oczywiście. Wszyscy się cieszymy. 
 
 
MW: I mam nadzieję, że uda mi się przeskoczyć taką sytuację, że poprzez to, że doceniono mnie w MoMA – nie mogę za dużo mówić, ale są takie rozmowy - to po prostu będzie mi łatwiej robić swoje rzeczy. Drobne pieniążki, ale żeby pozwalały robić rzeczy, które lubię, bo wiem, że są ludzie, którzy to chcą oglądać.



Mariusz "Wilk" Wilczyński, fot. Agnieszka Ścibor



O WARTOŚCIACH NIEZBYWALNYCH 
 
 
MK: No, może być coraz więcej. Przepraszam, że wtrącę, ale pozwolę sobie na lekką, żartobliwą prowokację. – Czy w momencie krytycznym stałby się Pan trochę takim Diogenesem w sztuce? Jak pamiętamy Diogenes chcąc zamanifestować niechęć do uzależniania się od przedmiotów (czytaj – bogactwa) zamieszkał w beczce i miał bardzo poważny dylemat egzystencjalny, mianowicie w chwili słabości postanowił wejść w posiadanie kubka, który by mu umożliwił nałapanie deszczówki i wygodne picie wody, ale z drugiej strony doszedł to wniosku, że właściwie wystarczyłoby nadstawić ręce i człowiek też się troszkę napije tej deszczówki, więc nie musi wtedy ulegać kompromisowi i wytrwać w całkowitej niezależności od przedmiotów, nie wchodząc w posiadanie kubka. Bo zawsze posiadanie przedmiotu jest jakimś aktem zniewolenia... 
 
 
MW: Tak... 
 
 
MK: Nie idziemy na ustępstwa, bo to zwycięstwo materii nad duchem... W takim razie jakie wartości chciałby Pan zachować mimo wszystko? Bo wiadomo, rynek to rynek... I presja jakichś ustępstw mogłaby zaistnieć. Jest Pan przecież już na progu stania się sławnym. 
 
 
MW: Ja bym jednak nie przeceniał sławy artysty, który robi film animowany. Moi wielcy poprzednicy - jeśli mogę, to ogromne chapeau bas, bo tu byłbym trochę nieskromny - ale wielcy artyści, którzy byli znani przede mną w Polsce, nie byli nigdy też powszechnie znani.  
 
W świadomości społecznej, być może Rybczyński, którego niektóre rzeczy uwielbiam. To przedziwna sytuacja, że tak dobry jego film był nominowany do Oskara, bo tam zazwyczaj są takie bardzo popowe rzeczy, a tu proszę, Rybczyński ze swoim cudownym Tangiem... Rzadko tak czysta sztuka jest tam nominowana. Kto jeszcze... Dumała też nie był tak naprawdę znany nigdy. Więc ja mam nadzieję, że nigdy też nie będę... 
 
 
MK: Mam nadzieję, że też nie będę sławny? No, no, no... Bardzo ładnie. 
 
 
MW: Prawda jest taka, że ja – powiem nieskromnie – że ten tryumf, że pierwszą retrospektywą w historii polskiego filmu animowanego - bo były retrospektywy szkoły polskiej, ale, żaden animator nie miał swojej retrospektywy w MoMA, a to w sumie była retrospektywa, ponad godzinny program. Być może dlatego to nastąpiło, że jestem samoukiem, jestem trochę poza środowiskiem. Nie znam filmów Dumały, znam dwa filmy Rybczyńskiego. I to nie z braku szacunku do nich, bo ja ich bardzo szanuję, ale założyłem, że nie będę ich oglądał, że będę Jankiem Muzykantem...  
 
 
MK: Może właśnie taka czystość powoduje większe skupienie na zagadnieniu i pewną świeżość. 
 
 
MW: Być może. Miałem taki okres między 2002 - 2003 – umarli moi rodzice, przechodziłem kryzys, przez 3 lata nie miałem ani złotówki, utrzymywałem się tylko tak naprawdę dzięki wsparciu mojej dziewczyny. Ale nawet wtedy nie robiłem pewnych rzeczy, odmawiałem reklam, bo robiłem filmy. Jeden film nie doszedł do realizacji, bo nie zebrałem pieniędzy.  
 
Jak trochę wyszedłem z tego kryzysu i otrzymałem nagrodę w Paryżu, to dostałem propozycję robienia oprawy do TVP Kultury (zresztą bardzo dobry program) i też zrobiłem tam dokładnie to, co chciałem. Oprawa TVP Kultura to jest zbiór kilkudziesięciu trzydziestosekundowych filmików. Tam są bohaterowie zwierzęcy kot, pies i mysz. Oni mają swoją psychikę, interakcje między nimi bywają czasem śmieszne, czasem smutne.  
 
Dopiero potem się dowiedziałem, że to jest pierwsza taka oprawa telewizyjna, bo zazwyczaj oprawa telewizji jest powiedzmy zabawą formalną, czasem dla odmiany na święta Bożego Narodzenia, czy jak w Ameryce – nie wiem czy są to święta Bożego Narodzenia, czy święta grudniowe – pojawia się Mikołaj, a na Wielkanoc jakieś jajko spada z nieba… 
 
 
MK: Jakiś zając majaczy… 
 
 
MW: I właściwie nie wiadomo o co chodzi... A ja, trochę jak u La Fontaine’a – przedstawiam ludzkie problemy, a ich nośnikami są zwierzaki. 
 
Dlatego mam nadzieję, że Pan nie będzie miał racji. No powiedzmy, że teraz jestem znany w Polsce, bo media bębniły, ale im bardziej będę znany to mam nadzieję, że tym bardziej będę miał wolność w tym swoim robieniu filmów. Może będę miał większe zaufanie u ludzi. Bo skoro przez MoMA zostałem wybrany, to może w Polsce zostanie docenione. I mam nadzieję, że będą mi się mniej „wpieprzać” w to, co będę robić. 
 
 
MK: A jak się komunikujemy z odbiorcą? Bo ja zauważam jedną rzecz – przez poczucie humoru, czasem nieco czarne w Pana przypadku. Czy owo przyczernione poczucie humoru jest z lekka przykryte jakąś powłoką takiego delikatnego optymizmu? 
 
 
MW: Faktycznie, tak się odczytuje moje prace, że są takie ciepło-sarkastyczne, ciepło-ironiczne, surrealistyczne jednocześnie. 
 
Wie Pan, ja jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo myślę sobie, że jeśli się robi duże kino fabularne, to uczestniczy w tym masa ludzi: aktorów, scenarzystów, techników, operatorów, scenografów i ta idea się czasem gdzieś gubi. A ponieważ ja kończyłem Akademię Sztuk Pięknych u profesora Fijałkowskiego, wielkiego artysty i moje myślenie jest inne, nie jestem więc filmowcem a w związku z tym mój film - jeśli chodzi o wyświetlanie - jest próbą bezpośrednią.  
 
Ja to animuję, fotografuję, montuję i proszę kogoś o muzykę – to jest bardzo ważne u mnie, jak dla każdego po Akademii - poczucie autorstwa obrazu. 
 
Tzn., są dwie szkoły – Rubensa, który coś zaczynał, miał uczniów, którzy potem dla niego malowali, a on stawiał potem ostatnie pociągnięcia. Ale mnie bliższe jest myślenie Rembrandta, czy Vermeera czy Giotto, którzy od początku do końca malowali sami. I ja również mam taką ochotę od początku do końca zrobienia wszystkiego. Mam bardzo silne poczucie autorstwa. To jest taki ekshibicjonizm przełożony na język sztuki, jest więc odbiciem naszych stanów. Czasami jestem wesoły i sarkastyczny, a czasem bardzo smutny. Film o śmierci moich rodziców miał elementy sarkastyczne, ale był filmem bardzo poważnym. 
 
 
FORMA CZY TREŚĆ? 
 
 
 
MK: Czy w komunikacji z widzem jest dla Pana istotniejsza forma, czy treść przekazu? 
 
 
MW: Nie można tego rozłączyć. Piekielnie ważne jest to co się mówi. 
 
 
MK: Ale czy sztuka jest dla Pana bardziej formalnym rozwiązaniem, czy skupieniem się na treści, którą Pan przekazuje? 
 
 
MW: Nie można tak odpowiedzieć. Myślę, że sztuka w sztuce polega na tym, żeby odnaleźć odpowiednie środki formalne do przekazania treści. Forma jest nośnikiem treści. 
 
Inną kreską rysuje się twarz dziecka, a inną twarz starca, inne kolory towarzyszą przedstawieniu narodzin, a inne śmierci. Studentów uczę, że innym charakterem kreski, innym poszarpaniem rysujemy grzesznicę, a inną osobę wierzącą w Boga. 
 
Czyli sam środek formalny służy do tego, żeby przekazać treść. Sztuka bez treści mnie nie interesuje. Ale nie interesuje mnie też sztuka, która chce głosić tylko treść. Filmy światowe - w ogóle sztuka - na przestrzeni tych tysięcy lat ma jak dla mnie może pięć, może dziesięć tych samych tematów. Wszystkie filmy, wszystkie obrazy ma Pan o tym samym tak naprawdę.  
 
 
MK: O, to proszę po kolei, jakie dziesięć tematów. 
 
 
MW: Ja się nad tym wcześniej nie zastanawiałem. 
 
 
MK: Chociaż kilka... 
 
 
MW: Pierwszy temat to konsekwencja strachu przed śmiercią. Jest Bóg – nie ma Boga. To pierwszy temat. I na tym sztuka jedzie.  
 
Drugi temat – Samotność, potrzeba miłości. I to wszystko, co wokół miłości można zbudować, czyli miłość szczęśliwa, tragiczna, to co się z nią wiąże, czyli konsekwencje jak zazdrość, tęsknota. 
 
 
MK: No dobrze, to mamy miłość i śmierć na razie. 
 
 
MW: Myślę, że w dzisiejszych czasach jest jeszcze potrzeba szukania tożsamości. W sztuce współczesnej pojawia się problem „gender”, czyli problem z określeniem płciowości. Nie chcę tu ironizować, bo to dla nich jest bardzo ważne, jestem facetem i tego nie rozumiem, moja dziewczyna jest dziewczyną, ale dla niektórych jest to problem i ja nie chcę tego trywializować. 
 
Kolejny często poruszany temat w filmach, to jest - zanikanie kultur, to znaczy jedna kultura zaczyna zanikać, inna dominować i wszystkie kwestie z tym związane. Ja nie jestem filozofem, ale myślę, że generalnie jest właśnie kilka takich tematów wokół, których kręci się cała sztuka, cała myśl. No jeszcze niektórzy mówią, że wokół dupy się wszystko kręci za przeproszeniem, ale to można też zaliczyć do sfery miłości, prawda? 
 
 
MK: Tak, tak. Oczywiście... 
 
 
MW: I cała bajka polega na tym, że można strywializować, że krąży kilka takich tematów... 
 
 
MK: Powszechników kulturowych nazwijmy to... 
 
 
MW: No właśnie. Ale w ten sposób można by zamknąć całą historię sztuki, dodając jeszcze całą sztukę sakralną i magiczną. I można by to tak podsumować, ale na te tematy cały czas powstają książki. 
 
Kwintesencją była twórczość genialnego Dostojewskiego, inspirująca filmy Felliniego, Bergmana. Współcześnie – uwielbiam Jarmusha, Almodovara i Allena – to jest może inny kaliber, ale czekam na każdy z jego filmów.  
 
Są reżyserzy (jest ich znacznie więcej oczywiście), którzy powodują, że odnosimy wrażenie, że ciągle ględzą o tym samym, ale my na nowo to odkrywamy. Bo artysta jest taką osobą, która mówi o tym w taki sposób, w jaki nikt przedtem o tym nie mówił. I to jest najistotniejsze. 
 
Dla mnie interesujące jest jeśli ktoś jest trochę odkrywcą. Teraz jest taka tendencja, która mnie irytuje i to widzę po moich studentach, że walor czegoś argumentuje się podobieństwem do czegoś. Natomiast mnie profesor Fijałkowski uczył, że dobre jest to co niepowtarzalne. I ja to mam w rdzeniu kręgowym. 
 
 
MK: Artyści, którzy powtarzają to są epigoni, prawda? 
 
 
MW: No więc właśnie. W moich czasach istniało krótkie określenie – epigoni. Ale żyjemy w trudnych czasach, postmodernistycznych, być może (rozmawiałem o tym niedawno z Tomkiem Stańko, który robi mi czasem muzykę do filmów, to jest wielki artysta) powstaną nowi artyści, którzy będą potrafili tak wspaniale mieszać te wszystkie formy, sklejać z kawałeczków collage tego świata i tworzyć nową jakość. 
 
 
MK: I w ten sposób wracamy do trzonu naszej rozmowy. Wydaje mi się, że funkcjonuje kilka, powiedzmy dziesięć takich powszechników kulturowych, bytów ontologicznych, które są stałe, łącznie z miłością, śmiercią, transcendencją i wszystkimi potrzebami duchowymi człowieka, na które nakłada się forma w postaci sztuki. I tu wysuwa się forma jako tworzywo realizacji i gwarant istnienia sztuki, a nie treść. Treść oczywiście jest najważniejszym przekazem, ale artysta pracuje w formie, tak? 
 
 
MW: To bardzo trudne. Forma decyduje o treści, a treść o formie. 
 
 
MK: Oczywiście, ale to artysta sprawia, że nas zachwyca objawieniem nowej formy. 
 
 
MW: No tak, nowego oglądu, nowego spojrzenia. Ale będę się bronił, że sama forma nie zadowala mnie. Chociaż wiem, że forma sama w sobie też potrafi być treścią. To jest nie tylko kwestia wykształcenia odbiorcy, ale też dobrej woli. 
 
Bardzo często jednak jest tak, że osoba idąca do muzeum czy do galerii nie ma dobrej woli i nie chce patrzeć na obrazy mocno rozwiązane formalnie, w których treść jest ukryta, ponieważ z góry zakłada, że to bohomazy. 
MK: Tak, bo to jest nieczytelne dla niej, bo nie chce lub nie jest w stanie podjąć wyzwania intelektualnego jakie podsuwa artysta. 
 
 
MW: Tak, bo się ludzie blokują. Ale ci sami ludzie, jadą na łąkę, kładą się i patrzą w niebo, nie są zblokowani i w chmurach wspaniale odszukują wszystkie kształty – krokodyla, żabę, profil człowieka i czytają w chmurach i nagle się okazuje, że nie ma problemu. Nikt nie wymyślił lepszego kina niż niebo, to dla mnie najpiękniejszy ekran świata. Ale w pewnym momencie już mi się nie chce, brakuje mi treści. Brakuje mi intrygi. 
 
 
MK: Nie ma odniesienia do naszej duchowej rzeczywistości. 
 
 
MW: A nawet jeśli ją znajdę, kobietę, mężczyznę, to brakuje mi formy narracji. Ale gdyby mnie Pan zapytał, co jest najwyższym stopniem sztuki, to odpowiedziałbym, że największą sztuką jest muzyka, która jednak powala czystością formy i bez względu na to gdzie mieszkamy, czy to będzie Bach, czy Miles Davis, to działa czystą formą. 
 
Jak słucham Milesa Davisa i mam dreszcze, to mnie zachwyca, mimo, że ja w sumie nie wiem, co ten facet chciał powiedzieć. Ale to osobna sprawa. Natomiast w sztukach wizualnych treść jest ważna. Mimo, że w moich filmach nie ma słów.  
 
W Mistrzu i Małgorzacie bohater odezwie mi się pierwszy raz. Ja działam tylko obrazami, skojarzeniami i z tego co wiem, nie ma kłopotów z odbiorem.  
 
 
MK: Jest Pan przedstawicielem sztuki wizualnej, czyli tak jak muzyka oddziałuje na zmysł słuchu i uwewnętrznia się w postaci jakichś stanów estetycznych, tak sztuka plastyczna również. Po sztucznym odsunięciu warstwy treści i podstawy duchowej, też jest czystym sprawianiem przyjemności in plus in minus. Bo przecież oddziaływanie estetyczne może polegać także na przeżyciu wstrząsu, jak to bywa w przypadku dramatu. 
 
 
MW: Wydaje mi się jednak, że ja funkcjonuję między muzyką improwizowaną, a poezją. Tzn., ja nie używam poezji (chociaż kiedyś robiłem coś do Herberta), ale myślę, że jednak muzyka jest najczystszą formą, natomiast poezji bez treści sobie nie wyobrażam.  
 
To co mnie w poezji fascynuje, to fakt, że każde słowo jest wieloznaczne. Oczywiście, człowiek zrozumie tyle, ile przyniesie ze sobą, czyli każde słowo w poezji inaczej trafi do osoby, która ma mniejsze doświadczenie, a inny horyzont otworzy w głowie osobie wykształconej.  
 
Dlatego mówię, że jestem trochę zawieszony pomiędzy różnymi dziedzinami sztuki. Kiedy czytam wiersz „Marek Aureliusz” Herberta, to mam ciarki na krzyżu. Ale przecież gdyby Herbert używał tych pięknych słów, ale ułożył je w ciąg i treść alogiczną, to nie miałbym tego. I tak jak mamy niejednoznaczność w wierszu, poprzez kontekst, poprzez doświadczenia odbiorcy (bo przecież wiersz jest formą otwartą), tak ja również staram się poprzez metaforę, mutację czasem, budowanie relacji niejasnych nie dawać jednoznacznych komunikatów. Myślę, że artysta nie powinien dawać odpowiedzi, powinien zadawać pytania. 
 
 

Oficjalna strona Mariusza „Wilka” Wilczyńskiego: 
www.wilkwilk.pl 

 


Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2007, nr 54.


Musisz być zalogowany aby móc dodawać komentarze.

Przypomnij hasło | Rejestracja

LOSOWO WYBRANE

Wspaniały marsz*

Wspaniały marsz*

DODAJ SWÓJ FILM FORUM

Ostatnio w galerii

ANIMATOR 2010

ANIMATOR 2010

OGŁOSZENIE

dodaj

SZUKAJ FILMÓW STUDYJNYCH

*filmy w wersji cyfrowej 2 min. po konwersji

SZUKAJ FILMÓW UŻYTKOWNIKÓW

Uwaga!
Żadna część jak i całość utworów zawartych w portalu animacjapolska.pl nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, foto- kopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody portalu animacjapolska.pl. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody portalu animacjapolska.pl lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Projekt współtworzony przez:

  • MKiDN
  • PWA
  • PISzF
  • SMF
  • Platige
  • IAM
  • FN