Strona główna » Aktualności
Sztuka z doskoku
2010-01-27
Z DANIELEM SZCZECHURĄ rozmawia ADRIANA PRODEUS
DANIEL SZCZECHURA: Przyznam, że nie oglądam ich namiętnie. Najczęściej opuszczam własne projekcje, nie czuję takiej potrzeby, żeby znów przyglądać się temu, co zrobiłem. Ale gdy pracowałem nad „Hobby”, dostrzegłem, że mam dwojakie wrażenia. Pierwsze są takie, że się dziwię – ja to wszystko wymyśliłem? Zostaje we mnie jakiś obraz filmu, ale nie wszystko dokładnie pamiętam. Pewne rzeczy podobają mi się na tyle, że dziś bym ich inaczej nie zrobił, np. szczególny sposób przeklatkowania w aktorskich sekwencjach „Konfliktów” – pod tym nawet teraz mogę się podpisać. Szereg innych rzeczy jest passé, bo kiedyś inaczej się opowiadało, inny był kontekst, używało się innych środków.
Jaka jest Pana metoda twórcza?
Nie mam metody.
Gdy przystępuję do filmu przyświecają mi dwie idee – żeby to się dało
oglądać i żeby nie było głupie, po prostu. Co nie jest tak łatwo
osiągnąć…
Henryk Tomaszewski w Pańskim dokumencie mówił, że najchętniej używa ołówka 2B. Jakie jest Pana ulubione narzędzie?
Mój
język wziął się stąd, że nie mam wykształcenia plastycznego ani
biegłości w operowaniu narzędziem. Dla mnie podstawową sprawą jest
idea, a potem dobieram do niej odpowiednią formę. Można powiedzieć, że
intelektualizmem pokrywam niedostatki warsztatu (śmiech). Zwykle kilka
miesięcy przed realizacją filmu zaczynam się inspirować różnymi
rzeczami, które mogłyby służyć temu konkretnemu pomysłowi, ubrać go
wizualnie – stąd moje ciążenie w stronę fotografii. Jednocześnie lubię
kontakt z materią. Gdybym robił film na komputerze, najbardziej by mi
brakowało prawdziwego kontaktu z papierem, farbą – to szalenie
zmysłowe, przyjemne.
Podpisywałem się chyba „realizator”. Robić w teatrze „Trzy siostry” czy „Hamleta” – to jest prawdziwa reżyseria. Przyjęło się tak mówić o animacji, ale według mojej wiedzy – z całym szacunkiem dla kolegów – realizacja filmu animowanego ma się do tego nijak. Scenografia, tekst literacki, rekwizyty, ekipa, aktorzy – trzeba opanować rzeczywistość w niebywałym stopniu. To jest zupełnie inna praca. Unikałbym słowa „reżyser” w takiej dziedzinie jak animacja.
W „Hobby” zmontował Pan dziesięć swoich filmów, które ogląda Pan na samotnym kinowym seansie. Czy to znaczy, że wybrał je Pan dla siebie?
Same się wybrały. To filmy z mojego dorobku, które cieszyły się największym uznaniem. Muszę się natomiast wytłumaczyć ze swojej obecności na tym seansie. Pierwotny pomysł był taki, że miałem coś mówić, jednak uznaliśmy, że to niepotrzebne i… moja osoba na ekranie zaczęła nam przeszkadzać – stąd puste kino. Zostawiliśmy mnie tylko na końcu myśląc, że może widzowie chcieliby zobaczyć, jak wygląda reżyser. (śmiech)
więcej>>>












