Strona główna » Aktualności
W "Kinie" o OFAFA
2010-05-18
13 marca w Krakowie zakończyła
się XV edycja Ogólnopolskiego Festiwalu Animowanego Filmu Autorskiego
(OFAFA). Jest on podsumowaniem rocznej produkcji polskiej animacji
jako gatunku (w kategoriach filmu profesjonalnego, studenckiego i
amatorskiego).
Tegoroczna edycja to pewnego rodzaju „przesilenie”, nie tylko ilościowe (67 filmów w konkursie), ale raczej „jakościowe”. Różnie bywało w selekcji studenckiej, trochę nudno w amatorskiej - przesilenie jakościowe dotyczy przede wszystkim bardzo dobrej selekcji profesjonalnej.
Na jej podstawie można sądzić,
że polska animacja odkleiła się wreszcie od ulubionej konwencji
„filozoficznej refleksji” i zaczęła mówić językiem współczesnego
eksperymentu filmowego, asymilując przy tym historyczny dorobek polskiej
animacji. Ten proces, który może wydawać się naturalny, wymagał
jednak dużej pracy, nie tylko młodego pokolenia twórców, ale również
pokolenia starszego, szczególnie tych, którzy dziś uczą animacji
w uczeniach artystycznych. Uważam również, że proces ten można
określić jako poszukiwanie (w wielu przypadkach nawet znalezienie)
przez polski film animowany własnego, spójnego języka, przy czym,
zgodnie z tradycją, jest to język indywidualności artystycznych.
W tegorocznej selekcji profesjonalnej znalazły się po raz pierwszy filmy autorów czynnych w polu sztuki. Oprócz Wojciecha Bąkowskiego, który w animacji funkcjonuje od lat, dopuszczono również Film o Kostuchu Piotra Bosackiego, a także 9 Malwiny Ziemkiewicz, absolwentki „Kowalni” Grzegorza Kowalskiego. W selekcji znalazł się również film żywej akcji, Zuzanna Darii Kopeć.
Spostrzeżenie, że filmy te właśnie naturalnie mieszczą się w selekcji festiwalu polskiej animacji jest ważnym ogniwem w procesie odchodzenia od jej obrazu jako autonomicznej dziedziny sztuki.
Tego rodzaju selekcja jest
efektem aktywnego poszukiwania filmów (m. in. poprzez portale
społecznościowe),
a także szerszej, świadomej strategii wicedyrektora festiwalu, Mariusza
Frukacza. To filmoznawca z wykształcenia, postać nowego typu w
środowisku
polskiej animacji - działacz, organizator i kurator, autor wielu
festiwali,
pokazów, a także nowatorskich projektów.
Tegoroczne jury OFAFA (pod przewodnictwem Jerzego Kuci) miało wyjątkowo ciężkie zadanie. Jednak uważam, że w tym roku jury nagrodziło filmy naprawdę dobre - piszę to z prawdziwą ulgą, ponieważ werdykty z ubiegłych lat zbyt często budziły zdumienie – można powiedzieć, że proces „odklejania się” od skłonności do filozoficznej refleksji dotyczy również jury. W kategorii profesjonalnej Złota i Brązowa Kreska zostały przyznane dwóm młodym realizatorkom - Złota Balbinie Bruszewskiej za Miasto płynie, Brązową otrzymała Aga Jarząbowa za Balladę o smoku i bohaterze. Razem z pierwszą nagrodą w kategorii studenckiej, Kto by pomyślał? w reż. Ewy Borysewicz, pokazują zupełnie inne - młode i bezczelne oblicze polskiej animacji. Tradycyjne techniki posłużyły autorkom do stworzenia nowoczesnych narracji, parodii, a nawet – o zgrozo! - do kpiny z warsztatu autora. To wielka ulga, po kilku latach oglądania filmów, których autorzy zdawali się być grzecznymi absolwentami klasztornych szkół z internatem.
Oczywiście, w selekcji i wśród nagrodzonych były filmy bardzo różne, nie jest moim zamiarem wszystkie je „wyliczać” i przez skrótowe omówienie ryzykować ich banalizację. Chcę wymienić jeszcze tylko dwa z nagrodzonych filmów, które są wyżej wymienionych przeciwieństwem – o tyle, że są pracami dojrzałymi, a ich autorzy są indywidualnościami polskiej animacji, wielokrotnie już nagradzanymi.
Mam na myśli Film mówiony
4 wspominanego już Wojtka Bąkowskiego (Srebrna Kreska) oraz
Wyspę gibonów Małgorzaty Bosek (Wyróżnienie). Te dwa
bardzo różne filmy łączy to, że mistrzowsko wykorzystując tradycyjny
język filmu animowanego tworzą opowieść przejmująco współczesną.
Rzeczywistości, którą kreują, nie spaja już żadna klamra metafizycznego
porządku, jak to było w czasach „filozoficznej refleksji”. Ich
bohaterowie (czy też konstrukt narracyjny, który pełni ich rolę)
są nieustannie dręczeni strzępkami produkowanych przez siebie banalnych
bytów mentalnych. To narracje bardzo trudne, ale tradycyjny język
animacji, świadomie i nowatorsko użyty, okazuje się być świetnym
narzędziem w ich służbie.
Niestety, mimo coraz lepszych filmów - źle się dzieje w państwie duńskim, czyli w środowisku polskiej animacji. Jednak symptomy, widoczne na OFAFA świadczą o tym, że środowisko wybudziło się już z błogostanu pierwszych lat po powstaniu PISF. Animatorzy, którzy zależą tylko od tej jednej instytucji, zrozumieli już, że muszą dostosować swoje struktury do współczesności, bo nikt tego za nich nie zrobi.
Choć dziś nie brzmi to dobrze, trzeba jednak uznać, że wieloletnie sukcesy polskiej animacji to nie tylko zasługa talentów animatorów, ale w równym stopniu sprawnej machiny produkcyjno-promocyjnej stworzonej przez PRL.
Tymczasem po powstaniu PISF uruchomiono tylko produkcję. To nie wystarczyło, żeby promować produkowane filmy, powodować, by zaistniały one w kulturze, czy wreszcie utrzymać w zawodzie najlepszych twórców.
Wobec takiej sytuacji wartym podkreślenia znakiem czasu była bardzo ciekawa i gwałtowna dyskusja, która „wybuchła” w trakcie debaty o kondycji filmu animowanego ostatniego dnia festiwalu OFAFA. Dyskutanci postulowali wprowadzenie zmian w funkcjonowaniu festiwalu (który ma formułę bardzo tradycyjną) i struktur środowiska. Ta dyskusja, wcześniej w takiej formie w środowisku nieznana, była częścią procesu, jaki się w ostatnim czasie w polu polskiej animacji dokonuje na rzecz zmiany zwyczajów, czy raczej przyzwyczajeń – że animatorzy poza jakością filmów niczym się nie interesują.
Niestety, żywiołowa dyskusja
(jedyna w programie) nawet na dobre się nie zaczęła, gdy czas
na nią przeznaczony się skończył i na salę zaczęli wchodzić widzowie
następnej projekcji.
Kiedy festiwal powstawał w 1993 roku szeroka formuła, w ramach której pokazuje się wszystko, co jest animacją, miała sens. Czy dzisiaj należy pozostawać przy formule „święta animacji” jako gatunku i pokazywać w trzy dni filmy autorskie, dla dzieci, profesjonalne, studenckie i amatorskie? OFAFA od 2005 roku jest „zalewana” filmami. Komu, w takiej formule, festiwal służy? Jakie wspólne problemy mogą mieć dziś profesjonaliści i amatorzy?
Sądzę, że potrzebą
chwili jest przekształcenie OFAFA w nowoczesny festiwal branżowy,
którego osią byłaby kategoria profesjonalna, ze studencką
w tle. Formula taka zakładałaby rezygnację z konkursu nieprofesjonalnego
(ew. można te filmy, bardziej wybiórczo, umieścić w sekcji „panorama”).
Czas, który się zwolni, animatorzy będą mogli wykorzystać na „wspólne
uczenie się” - budowanie środowiska i skutecznych jego strategii
czy wypracowywanie własnego języka porozumienia.
XV OFAFA zakończyła się bardzo mocnym akcentem. Jedną z ostatnich projekcji była retrospektywa filmów Jerzego Kuci, profesora animacji w krakowskiej ASP.
Filmy te, oglądane po latach, w świetnie dobranym zestawie na dużym ekranie, robią ogromne wrażenie, wydają się współczesne. Co więcej – filmy Kuci wydają się być „wykładnią” ważnych, a zupełnie bagatelizowanych w historii polskiej animacji problemów. Po pierwsze - można w nich dostrzec język eksperymentu filmowego, zupełnie nowatorski i odrębny od eksperymentów plastycznych lat 60-tych. Po drugie – ujawniają one zadziwiające pokrewieństwo poszukiwań twórczych z pracami artystów z kręgu polskiej sztuki konceptualnej, dopiero niedawno upublicznionymi przez młodą generację historyków sztuki Nie miejsce tu na pytania, dlaczego w ogóle Jerzy Kucia jest określany jako animator i czy autonomia filmu animowanego nie jest przypadkiem sztucznym konstruktem.
Dziś wiadomo tyle, że ta wyjątkowa w polu filmu polskiego twórczość, wyizolowana i często banalizowana w warowni „polska animacja” jest praktycznie poza tym środowiskiem nieznana.
Hanna Margolis
Artykuł ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika "Kino".











